|
Blog, w którym komentowane są wydarzenia niekoniecznie polityczne i niekoniecznie najnowsze.
środa, 09 lipca 2008
Zakaźna choroba języka
Encyklopedia PWN podaje definicję słowa "język" w znaczeniu antropologicznym, jako zespołu środków, służących ludziom do komunikowania się między sobą. Naturalnym jest, więc, że język ewoluuje poprzez zmiany kulturowe oraz techniczne. Nośniki informacji, którymi dziś posługują się ludzie to przede wszystkim internet oraz telefon komórkowy. Te współczesne zdobycze techniki powodują degradację języka i kultury, którą można określić mianem zakaźnej choroby języka, bowiem tworzy ona precedensowe paradygmaty, które następnie powielane przez miliony obywateli stają się swego rodzaju normą społeczną i kulturową. Dzisiejszy język, którym posługują się ludzie w sieci jest swoistą "nowomową", która jest pozbawiona wszelkich wartości artystycznych, a zawęża się jedynie do prostej funkcji komunikacyjnej. Owszem, upraszcza to wielce sam proces komunikowania się, skraca też czas przepływu informacji, ale za cenę degrengolady kulturowej języka. Słownictwo, którym posługujemy się dziś zubożało do granicy absurdu, jest, bowiem albo "zajebiście", albo "do dupy". Kiedy po raz ostatni było chociażby "wyśmienicie"? Przepływ informacji w języku nowomowy wpływa nie tylko na rozwój dzieci, które jak gąbka chłoną wszystko, co nowe i proste, ale także w dużym stopniu na ogół społeczeństwa. Wystarczy przyjrzeć się statystykom dotyczącym matur z języka polskiego z ostatnich lat. Poziom prac pisemnych w zakresie stylistyki oraz zasobu leksykalnego alarmująco spada, żeby nie powiedzieć, iż całkowicie zanika. "Współczesne media, zwłaszcza internet, prowokują do skrótów myślowych, upraszczają język" - twierdzi Małgorzata Burzyńska-Kupisz z Wydziału Matur Centralnej Komisji Egzaminacyjnej i dodaje, że - "od 2002 roku poziom językowy prac egzaminacyjnych obniża się". Stale spada również liczba uczniów, którzy podjęliby próbę zdania egzaminu z języka polskiego na poziomie rozszerzonym, przy jednoczesnym obniżeniu średniej zdobytych punktów przez ucznia, co jasno wynika z danych statystycznych Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Na początku XVIII wieku car Piotr I Wielki na drodze rewolucji zmienił obowiązującą dotychczas cyrylicę na uproszczoną jej formę - grażdankę, która obowiązuje do dziś, a w czasach północnokoreańskiej rewolucji z lat 1945-1950 masowo uczono chłopów hangylu - alfabetu fonetycznego, który jest uproszczeniem języka chińskiego. Dzisiejsze zmiany kulturowe i językowe odbywają się dla odmiany na drodze ewolucyjnej. W internecie istnieje nie tyle specyficzny, co specjalistyczny język, który dla laików może brzmieć jak paplanina profesorów genetyki i pełny jest zapożyczeń, skrótów, skrótowców i wszelkiego rodzaju uproszczeń, które powstały wraz z potrzebą nadążenia za wzrastającym nieustannie tempem życia.
rys. Sławomir Mrożek Idole, politycy, społeczni guru i inne osoby uważane za publiczne, które kreują kanony kulturowe, także mają niemały wpływ na zubożenie języka. Wystarczy wsłuchać się w wypowiedzi radiowe, czy telewizyjne, wywiady, czy choćby posiedzenia sejmu, przy czym te ostatnie często nie różnią się niczym od zwykłej awantury na podwórku czy w rynsztoku. Nasi rodzimi politycy nie są zresztą wcale prekursorami takich praktyk. Najgłośniejszym, choć małym wzrostem, był w tej kwestii ponoć sam Napoleon, którego koszarowy język stał się swego rodzaju precedensem, który dziś skrzętnie wykorzystuje Nicolas Sarkozy znany ze swych wulgarnych, kolokwialnych i całkiem nieprzemyślanych odzywek do zwykłych obywateli. Martwić powinien fakt, że dzisiaj, zamiast równać poziom w górę, równa się go w dół. Mianowicie, zamiast uczyć ogół ludności poprawności językowej, zmienia się cały język i jego zasady na potrzeby większości, która mówi niepoprawnie. Czy to nie absurd? Czy nie przypomina to wspomnianych wyżej rewolucji językowych, które miały zwalczać analfabetyzm tworząc język łatwiejszym tylko dlatego, że pospólstwu wydawał się za trudny? Uznawany w naszym kraju za niekwestionowany autorytet w dziedzinie lingwistyki Jerzy Bralczyk powątpiewa, jakoby słowo "poszłem" miało kiedykolwiek stać się wyrazem poprawnym. Niestety jednak w wielu środowiskach słowo to stało się już potoczne i przenika brutalnie w naszą codzienność. Co raz częściej słyszy się na ulicy, czy w radiu wyraz "poszłem", a jest to zdecydowanie powód do ubolewania nad tym, że osoby publiczne dają poniekąd upoważnienie do kaleczenia polszczyzny, gdyż sami, jako autorytety wypaczają ten język. Kultura języka powoli wymiera. Jest to efekt uboczny postępu technicznego. Kto by pomyślał jeszcze kilkanaście lat temu, że zamiast grafomańskich wpisów do "kochanego pamiętniczka" ludzie zaczną ograniczać się do wpisów na blogu w postaci zwykłego uśmieszku zwanego emotikonem? W samym postępie technicznym nie ma wiele złego, jednakże nie odbywa się on całkiem bez uszczerbku na doczesnej kulturze. W szerszym pojęciu języka, jako formy przekazu kultury można też zawrzeć słowo, jako kadr filmu. Nawet i on ewoluował niebywale. Niegdyś film był zlepkiem ckliwych scen, małodynamicznej, acz poruszającej historii, w której aktorzy używali szerokiego wachlarza słów. Dziś natomiast kino, czy film ograniczają się do kilku efektownych wybuchów i beznadziejnie banalnych dialogów z nadmiarem słowa "kurwa". Oczywiście jest to uogólnienie, ale zdaje się niewiele odbiegać od rzeczywistości.
Istną plagą w dzisiejszym języku młodzieży są zapożyczenia z angielskiego języka internetowego, które niestety ze względu na swą łatwą strukturę przyjmowane są z aprobatą do języka użytkowego. Akronimy takie jak "lol" (laughing out loud), czy "rotfl" (rolling on the floor laughing) na stałe weszły do słownika użytkowników internetu, ale używanie ich jest przenoszone także na grunt pozawirtualny. Przykładowa rozmowa dwóch kolegów z klasy w czasie przerwy w szkole wyglądała kiedyś mniej więcej tak: "Witaj Stary, zabawne to było, co zrobiłem na lekcji, prawda?". "Owszem, uśmiałem się do łez". Dziś dla kontrastu rozmowa taka przebiegłaby pewnie w sposób następujący: "Elo Ziom, brechta, nie?". "Ta, lol". Czyż nie jest to rzeczona wyżej degradacji języka i kultury? Opisany przykład, swoją drogą, to nie jest jednostkowy wypadek przy pracy, to nagminne zjawisko, mocno już zakorzenione w kulturze młodych ludzi.
Na domiar złego, zamiast zrobić wszystko, co możliwe, aby ratować zanikającą powoli kulturę języka, w której zamiast czytać Sienkiewicza dzieci czytają instrukcję obsługi systemu Windows albo wypociny internetowych autorytetów na licznych w sieci forach, Ministerstwo Edukacji Narodowej w swoim programie na rok 2009/2010 postanowiło zmniejszyć liczbę godzin polskiego o dwie. Czyli kulejącemu inwalidzie zabiera się laskę, o której do tej pory jako tako chodził i czeka się aż ceremonialnie wyrżnie głową w chodnik. Strach pomyśleć, co nastąpi, gdy stery w państwie przejmą jednostki, które wywodzą się z e-pokolenia, czyli dzisiejsza młodzież wychowana na forach internetowych, bez umiejętności posługiwania się językiem polskim w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Czy wtedy zamiast iść pod prysznic będę brał "szałer"? A może spotykając kolegę zwierzę mu się, że "poszłem wzionć szałer i było zajebiście"? Czy jest w ogóle jakieś antidotum na tą zakaźną chorobę języka?
poniedziałek, 19 maja 2008
Pochodnia cyberolimpijska
Cybersport, czy też e-sport (możliwość używania więcej niż jednego określenia na tę dziedzinę rywalizacji, czyni ją z samej definicji lepszą od chociażby hokeja, który nie może być niczym innym niż tylko starym, poczciwym hokejem) wkracza od dawna w nową erę. Erę, która pozwoli mu zasłynąć w całym, nie tylko hermetycznym, stworzonym przez fanów gier komputerowych świecie. Od dłuższego czasu wiadomo, że letnim Igrzyskom Olimpijskim w Pekinie tego lata towarzyszyć będzie równolegle rozgrywana olimpiada w sportach elektronicznych. W chińskich mediach wydarzenie to przyciągnie wcale nie mniejsze rzesze zwolenników zmagań przy pomocy komputera, czy też konsoli od zwolenników zmagań olimpijczyków pokroju Szymona Kołeckiego. W Chinach bowiem e-sport wpisany jest niemalże w kulturę kraju, a rywalizacja w sportach komputerowych traktowana jest na równi z innymi dziedzinami sportu. Nie powinno więc dziwić, że do niesienia znicza olimpijskiego przez Chiny na IO w Pekinie poproszono gwiazdy azjatyckiego cybersportu, graczy Warcrafta Jang “Moon” Jae Ho oraz Xiao Feng “Sky” Li, a także kilku innych graczy. Przy okazji IO organizowanych przez Chiny marsz z pochodnią nabiera zupełnie nowego znaczenia, przede wszystkim medialnego. Od czasu zamieszek związanych z Tybetem cały świat uważnie obserwuje i uczestniczy zarówno czynnie jak i biernie w uroczystościach związanych z niesieniem pochodni. Jest to więc tym większa szansa dla światowego esportu na zaistnienie, na pokazanie się, na ostatentacyjne afiszowanie się z rolą jaką organizatorzy igrzysk dostrzegli w przedstawicielach e-sportu. Jest to przecież nic innego, jak uznanie tej gałęzi za sport nie inny niż piłka nożna, czy koszykówka. To precedens, który ma szansę na uznanie komputerowych zmagań za sport także i w naszym kraju. Być może więc Polscy włodarze sportu dostrzegą, że pozwolenie cybersportowcom na niesienie olimpijskiego znicza jest de facto uznaniem ich za pełnoprawnych sportowców, co stało się już poza Koreą i Chinami także w Europie. Polska mogłaby zatem pójść śladem Rosji i Bułgarii w tej materii, co zresztą stawało się nawet przedmiotem interpelacji poselskiej w naszym rodzimym sejmie.
![]()
Sporo szumu w Polsce, wokół uznania komputerowego współzawodnictwa za sport, było przed wyborami parlamentarnymi, kiedy to kandydaci na posłów jak Marek Biernacki z Platformy Obywatelskiej obiecywali lobbowanie pomysłu graczy. Wiadomo bowiem, że legalizacja e-sportu umożliwiłaby jego znacznie szybszy rozwój poprzez dofinansowanie do wszelkiej maści turniejów, a może nawet do utworzenia specjalnych ośrodków kształtujących przyszłych czempionów. Pomysł jednakże stanął w miejscu. Czy była to zwykła kiełbasa wyborcza posła PO, czy też szczere intencje za wcześnie jeszcze, aby oceniać. Pewnym jest natomiast, że niesienie olimpijskiego znicza przez gwiazdy cybersportu ponownie może wywołać dyskusję na temat uznania go za jedną z dyscyplin sportu. Jeśli nawet nie stworzy dialogu pomiędzy Ministerstwem Sportu i Turystyki, a przedtawicielami związków gier komputerowych i sportu elektronicznego jak chociażby Polskie Stowarzyszenie Sportów Elektronicznych (PSSE) to przynajmniej zwróci oczy opinii publicznej na to zagadnienie, a to już całkiem spore osiągnięcie. E-sport, a przede wszystkim ludzie, którym zależy na jego promocji, w tym także wielkie koncerny i firmy, które sponsorują już wiele drużyn cybersportu, że wspomnę chociażby PEPSI, dbają o to, aby zwykli ludzie coraz częsciej słyszeli w mediach słowo e-sport. Kilka dni temu chińscy gracze zorganizowali turniej pokazowy w cybernetyczne gry, z którego środki przeznaczono na pomoc ofiarom trzęsienia ziemi, które niedawno nawiedziło prowincję Sichuan w środkowo-zachodnich Chinach. O celu organizowanego turnieju było głośno i robiono nieustanny szum. Są to oczywiście akcje nie tyle charytatywne w swoim celu, co propagandowe mające ukazać e-sport w pięknym świetle oraz generalnie nakręcić całą machinę, która miałaby esportowi pomóc w promocji i dać zarobić chciwym inwestorom. Jeśli przy okazji, ktoś może odnieść z tego korzyść tak jak w Chinach, gdzie pieniądze trafiły na szczytny cel, to dobrze, ale nie jest to działanie moim zdaniem priorytetowe. Jakby nie patrzeć na to zagadnienie, nieufnie, optymistycznie, czy starając się zachować zdrowy dystans, należy i trzeba zauważyć, że to, co jeszcze kilka lat temu było realne jedynie w publikacjach z gatunku science-fiction dziś staje się niemal na tyle realne, że można tego dotknąć. Cybersport wkracza bowiem do domów wszystkich ludzi, czy to przez telewizję, czy internet i staje się dla wielu częścią codzienności. Jedni wracają z pracy i oglądają zmagania piłkarzy w telewizji, inni zaś dopingują swoich ulubionych graczy w gry komputerowe. Tak wygląda rzeczywistość w XXI wieku i wydaje się, że czas się z tym pogodzić i przestać odwracać głowę ignorując faktyczny i istniejący już stan rzeczy. Przyszłość jest dziś i dzieje się na naszych oczach.
poniedziałek, 25 lutego 2008
Kontuzja Eduardo od dupy strony
W miniony weekend Świat obiegły zdjęcia brutalnego faulu Martina Taylora na chorwackim napastniku Arsenalu Eduardo. Złamanie otwarte, jakiego nabawił się snajper brazylijskiego pochodzenia było na tyle nieestetyczne, że nawet włodarze portalu youtube.com postanowili likwidować wszystkie filmiki zawierające właśnie to zajście. Brak estetyki tego brutalnego zagrania nie jest jednakże meritum całej afery, która powstała wokół Martina Taylora. Chorwaccy fani futbolu, co oczywiste, domagają się dożywotniego zakazu gry dla angielskiego obrońcy. Trudno im się zresztą dziwić, emocje biorą górę. Żeby zrozumieć rozgoryczenie chorwackich mediów wystarczy oczami wyobraźni dostrzec analogiczną sytuację, po której do końca roku na wózku ląduje Smolarek. Znając wysoką kulturę naszej braci oraz niespotykanie rozwinięte wzorce sprawiedliwości w naszym społeczeństwie mogę jedynie, acz wydaje mi się trafnie, przypuszczać, iż jedynymi zdaniami padającymi z ust naszych rodaków na długo po zajściu byłyby "na stos" oraz "ukamienować". Mało tego, znaleźliby się nawet chętni do rzucenia tym kamieniem, bo wiadomo, że Polaków grzechy się nie imają. Problem jednakże jest realny. Faul był, stał się, nie można go cofnąć. Tak samo jak w żaden magiczny sposób noga Eduardo nie zrobi się znów sprawna z dnia na dzień. Martin Taylor, chcący, czy nie, wyeliminował Chorwata z Mistrzostw Europy. Głosy o jego dożywotnim zakazie gry być może są nieco na wyrost, ale pojawiają się też głosy bardziej racjonalne. Bądź, co bądź, kara się należy. Tak też słychać wołania o pozbawienie Anglika możliwości gry w piłke od 4 spotkań do roku (pomijam ekstrema). Co ja o tym sądzę? Uważam, że rok zakazu gry byłby sprawiedliwy. Pod warunkiem jednak, że po pierwsze zawodnik nie będzie otrzymywał w tym czasie dochodów (zamrożenie kontraktu) oraz, że ze swojej kieszeni pokryje reparacje na rzecz Eduardo. Reparacje powinny mieć formę odszkodowania. Można gdybać, czy to wystarczy, czy nie. Ale Taylor to koniec koców też człowiek. Zabić go? Jasne, że nie, a zabronić gry do końca życia też nie można bo to chory pomysł i nie uczyni nikomu zadość, bo za lat kilka o kimś takim jak Taylor i tak nikt już nie będzie pamiętać (no może poza otoczeniem Eduardo). Nie można więc przy okazji wymierzania kary popadać w skrajność, ani stosować zasad sprawiedliwośći z czasów Hammurabiego. Pytanie podstawowe. Czy surowa kara, uczni ten faul mniej brutalnym a samego poszkodowanego szczęśliwszym? Szczerze wątpię. Wracając jednak nieco na Ziemię warto wspomnieć o tym, co między wierszami. Eduardo, którego reprezentacja już w czerwcu wystąpi na Mistrzostwach Europy w grupie z Polakami, Niemcami i Austrią - w żadnym z tych meczów nie zagra. Został tej przyjemności i splendoru brutalnie (nie boję się tego określenia nadużywać) i co gorsza złośliwie (nie dam się zwieść poprawnośći polityczno-filozoficznej) pozbawiony. Jako najlepszy napastnik swojego kraju, reprezentant Arsenalu ME obejrzy w najlepszym wypadku z trybun, bo nikt nie powiedział, że to złamanie przejdzie bez powikłań. Każdy kij ma jednak dwa końce. W tym wypadku drugi koniec ma nieco Polskie konotacje. Nie cieszę się z tego co zaszło, wyznaję bowiem zasadę "fair play". Nie umiem jednak obojętnie przejść obok pewnego faktu, który mnie wręcz cieszy. Otóż, Panie i Panowie, ogłaszam wszem i wobec, że Eduardo nie pokona w nadchodzącym turnieju najlepszych drużyn z Europy żadnego Polskiego bramkarza. Ot co. Mały to powód do radości? Nikt, kto na piłce się zna nie zaprzeczy, że Eduardo jest najlepszym Chorwackim napastnikiem. A dzis? Psikuś. Jednego mniej. Jak na wojnie. I jak tu wierzyć w przypadki? Już dziś słyszałem głosy fanatyków mówiące wspólnie, że Bog musi być Polakiem żeby nam taki prezent zgotować. Mam świadomość, że brzmi to okrutnie, ale stało się. Czasu nie cofnę ani ja, ani nie zrobią tego Eduardo, czy Martin Taylor. Po cóż więc płakać na rozlanym mlekiem? Mamy szansę wyjść z tej grupy na ME. Mamy szanse znacznie większe niż przed tą głośną kontuzją. Daleko mi jednak do optymisty, który na cmentarzu widzi same plusy, nie mniej jednak, wydaje mi się, że w gąszczu wszechobecnych obelg (słusznych, czy nie) pod adresem Martina Taylora, dla odmiany można też z całej tej sytuacji wyciągnąć coś pozytywnego. Amen.
piątek, 15 lutego 2008
eSport na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie!
Ted Owen, właściciel mieszczącej się w Santa Monica w Kaliforni firmy Global Gaming League (GGL) doniósł na łamach "Fortune", że sfinalizował ostatecznie z włodarzami chińskich Igrzysk Olimpijskich umowę. W świetle porozumienia, które Chińczycy potwierdzają, GGL zorganizuje w ciągu czterech pierwszych dni Igrzysk turniej gier komputerowych pod wspólną flagą Olimpiady. Turniej gier wideo ma nosić nazwę Olimpiady Cyfrowej (pozwoliłem sobie na wolne tłumaczenie z oryginalnego The Digital Games - ew. Igrzyska Cyfrowe) i ma na celu promowanie sportu elektronicznego na Świecie. Choć już w wielu krajach cybersport uznawany jest za dyscyplinę sportu (w tym chociażby we wspomnianych Chinach, ale także Korei, Rosji, czy Bułgarii) e-sportowe lobby od dawna zabiegało o tego typu wydarzenie, w czasie którego możnaby pokazać całemu Światu czym tak naprawdę są gry komputerowe oraz stanowczo uświadomić przeciwnikom gier w ogóle, że powinny się one znaleźć w wykazie sportów na równi z siatkówką, czy zapasami. Sam jednak turniej gier wideo odbędzie się nieco na uboczu olimpijskiego zgiełku - w Szanghaju. Ciężko jednak nie powątpiewać w czystko propagandową rolę tego turnieju, skoro nieoficjalnie się mówi, że na widowni tych zadowów może zasiąść więcej ludzi niż w czasie samej Olimpiady. Jakkolwiek słowa te nie byłyby przesadzone, pewne jest, że rywalizacja elektroniczna zakorzeniona jest w azjatyckiej kulturze na dobre i przyciągnie bez wątpienia całą rzeszę fanów. Samo GGL jest firmą istniejącą na rynku od 5 lat. Dostarcza całemu Światu elektoroniczną rozrywkę w postaci profesjonalnie prowadzonych video relacji z turniejów, blógów dotyczących cybersportu oraz wszelkiego typu dziennikarskiej aktywności. GGL także zajmuje się organizacją eventów, z których ten ma być zdecydowanie największy. Ted Owen planuje zaprosić do pomocy w promowaniu cybersportu gwiazdy popkultury jak chociażby Snoop Dogga, który już wcześniej uczestniczył w tego typu przedsięwzięciach (przykładowo przy okazji HipHop Gaming League). Do współpracy właściciej GGL planuje także zaprosić gwiazdy lekkiej atletyki, które będzie chciał nakłonić do wzięcia udziału w samym turnieju gier wideo. Marketing na wielką skalę jak się patrzy. Już dziś zainteresowanie mediów tym wydarzeniem przerosło oczekiwania organizatorów. Wiadomo, że poza dziennikarzami internetowymi będzie też kilka stacji telewizyjnych transmitujących przebieg turnieju na żywo. Trudno się temu dziwić, cybersport bowiem jest obecnie jednym z najprężniej rozwijających się rynków sportu, który budzi ogromne zainteresowanie mediów, kibiców, a także samych sponsorów, którzy z miłą chęcią wrzucają w ten sektor miliony (waluta do wyboru, do koloru). Według Owena gry komputerowe są ostateczną fazą rozwoju sportu i jego kultury. Fong Hong, który jest sekretarzem generalnym China Internet Gaming Organizing Committee twierdzi zgoła podobnie, podkreśla jednakże coś zupełnie innego, mianowicie przełomowość. "Jest to wydarzenie historyczne" - twierdzi. "Po raz pierwszy gry wideo staną się integralną częścia Igrzysk. Na dłuższą metę chcielibyśmy aby gry komputerowe zostały oficjalnie uznane za sport na całym świecie". Pan Fong dodaje na koniec, że szacuje się około 50 milionów graczy w samych Chinach.
wtorek, 12 lutego 2008
The show must go on
Z lewa i z prawa nacierają na mnie pretensje, że nie piszę, więc oto i spełnienie próśb, słów kilka naskrobanych pospiesznie i bez namysłu ku uciesze fanów. No dobrze, żarty na bok.
Równolegle do tego, będę od dziś prowadzić drugiego bloga. Różnić się będzie pod wieloma względami, ale dwa są szczególnie istotne. Po pierwsze nowy blog, prowadzę (a przynajmniej taki jest plan) wespół z bratem i tyczy się on bardzo wąskiej tematyki, jaką jest koszykówka w najlepszej lidze świata czyli NBA. Drugą kwestią jest język. Piszemy tam bowiem wyłącznie po angielsku. Serdecznie zapraszam tutaj! P.S. "Oczywstą oczywistością" jest, że tego bloga nie będę już zaniedbywał i biorę się do roboty.
niedziela, 20 stycznia 2008
Uśmiech Mony Lisy rozszyfrowany
Niemieckim naukowcom udało się rozszyfrować właścicielkę słynnego uśmiechu z obrazu Leonarda Da Vinci pt. "Mona Lisa". Wszystko dzięki notatkom znajomego malarza, które udało się odnaleźć. Najpewniejszą kandydatką do posiadania tego uśmiechu była przez lata Lisa del Gioconda choć brano pod uwagę także wiele innych możliwości jak chociażby kochanki słynnego artysty, jego matkę, czy nawet jego samego. Dziś natomiast wiadomo już, że kobietą z obrazu jest Lisa Gherardini, żona florenckiego kupca Francesco del Giocondy. Informacje te posiadamy dzięki ekspertom z biblioteki w Heidelbergu, ktorzy znaleźli notatki na marginesie książki z 1503 r. Ich autorem jest niejaki Agostino Vespucci, znajomy malarza.
fot. Reuters
czwartek, 17 stycznia 2008
Niechciany papież
Profesorowie i studenci rzymskiego uniwersytetu La Sapienza protestują przeciwko zapowiedzianej na czwartek 17 stycznia wizycie papieża Benedykta XVI. W ich oczach papież jest przeciwnikiem Galileusza i reakcjonistą - podaje dziennik "La Repubblica". 66 wykładowców napisało petycję do rektora uczelni z prośbą o odwołanie wizyty papieża z okazji inauguracji roku akademickiego i obchodów 705. rocznicy powstania uczelni. W liście tym sygnatariusze przypominają słowa Josepha Ratzingera z 1990 r. - ówczesnego kardynała - wygłoszone w Parmie jakoby "proces kościelny przeciwko Galileuszowi był uzasadniony i sprawiedliwy". "W imię laickości nauki wyrażamy pragnienie, by to niestosowne wydarzenie zostało odwołane" - domagają się naukowcy. W odpowiedzi rektor uczelni Renato Guarini zaapelował o tolerancję i stwierdził, że nie ma mowy o odwołaniu wizyty Benedykta XVI. Rzymska gazeta dodaje też z niepokojem, że podczas wizyty papieża może dojść na uczelni do fali spektakularnych protestów i antypapieskich pikiet.
środa, 02 stycznia 2008
Niech zyje propaganda?
Bez wcześniejszego ostrzeżenia władze birmańskiej junty podniosły abonament za telewizję satelitarną o 166 razy! Obecna wysokość abonamentu satelitarnego wynosi trzykrotność średnich dochodów rocznych w Birmie. Taka jest cena propagandy wojskowego reżimu, która ma w domach wyprzeć zachodnie stacje.
wtorek, 01 stycznia 2008
Akt łaski Chaveza
Hugo Chavez, prezydent Wenezueli, ogłosił amnestię dla uczestników puczu z kwietnia 2002r., który na krótko obalił obecnego prezydenta. Na czele puczu stali wysocy rangą wojskowi, których popierały, co oczywiste, Stany Zjednoczone uznając legalność nowego Rządu. Prezydentem desygnowanym przez wojskowych został wówczas biznesmen Pedro Carmona. Na skutek masowych protestów wojskowych i cywilnych po zaledwie dwóch dniach nowy Rząd upadł, a sam Carmona znalazł schronienie w Miami. Podpisując akt o amnestii Chavez stwierdził w imieniu całego narodu, że "chcemy zamknąć ten rozdział". Uzbekistan robi krok w kierunku demokracji
Z dniem 1 stycznia 2008r. zaczął obowiązywać w Uzbekistanie dekret prezydenta Isłama Karimowa z 2005r. znoszący karę śmierci. Obecnie najwyższą możliwą karą jest dożywocie - jak podaje służba prasowa Sądu Najwyższego. Nowe regulacje prawne określają też warunki skazania na karę dożywocia. Są to terroryzm oraz zbrodnia z premedytacją. Zmianie uległy także zasady dotyczące aresztowań. Od 1 stycznia 2008r. do aresztu można trafić jedynie na podstawie decyzji sądu. Czy jest to faktyczny ukłon Karimowa w stronę demokracji, czy kolejna zasłona do swych autokratycznych rządów ciężko wyrokować. |
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Oto moi
Polecane i poczytne
|